Bo miłość to przyzwyczajenie.
A właściwie to mnóstwo małych przyzwyczajeń. Ale tych
wspólnych. Bądźmy szczerzy, nie żyjemy w centrum jakiegoś love story. On
każdego dnia nie przynosi kwiatów, ona wieczorami nie robi romantycznych
kolacji. Bo po czasie, po prostu by się im znudziło.
Przyzwyczajenie to >stała potrzeba czegoś lub czyjejś
obecności<. Dokładnie! Właśnie o obecność chodzi. Przede wszystkim. To niby
tak niewiele. Ale przecież na niej opierają się wszystkie relacje.
-Mogę coś dla ciebie
zrobić?
-Bądź.
-Tylko tyle?
-AŻ tyle.
Bo każdego dnia się siebie uczycie. Swoich nawyków, emocji,
reakcji, tonu głosu. Poznajecie się nawet wtedy, kiedy wcale o tym nie
myślicie. To są właśnie takie małe nawyki. Ale później on już wie, ile łyżeczek
ona słodzi herbatę, a ona zna jego ulubione piosenki. I takich rzeczy jest
mnóstwo. I później dostrzegasz, że wiesz o nim tyle, że spokojnie mogłabyś
wydać biografię. Oczywiście, pisząc, nie dałoby rady uniknąć tych najbardziej
przypałowych faktów. Przecież już za dobrze się znacie. To i tak was nie ruszy.